Wychodząc zawsze patrzę w lustro. ” brzydziejesz na starość ”. Nigdy nie umiałam dziadkowi w porę rzucić jakąś ripostą. Nie byłam na tyle sprytna i biegła myśleniowo. Gdy już wymyśliłam taką, która godna by była tytułu dzieła sztuki, kontekst zdania na tyle się już zmieniał, że było za późno. Codziennie te same czerwone trampki, dżinsy opadające na nie, nieco wytarte i czarna kurtka. Przerzucona szybko torba przez ramię i ten triums na twarzy - Gotowa! - gdy przechodziłam koło dziadka który grzebał się jeszcze z butami. Byłam sierotą. Ale zaaklimatyzowaną z tym faktem sierotą. Nigdy ni przyszło mi do głowy, że może lepiej by było gdyby dziadek był tylko dziadkiem? Dobrze mi tak.. Zawsze starałam sie żeby nie miał ze mną kłopotów. Na tyle sie starałam że zamartwia sie że z nikim się nie spotykam. Ale ja w sumie nie mam nikogo z kim mogłabym wyjść. Ja nie umiem się wpasować. Jestem jak nie pasujący element układanki. Odstaję.. Nikt nie lubi już chudej blondynki, z niebieskimi oczami…
Było sobie słońce i był sobie deszcz. Słońce potajemnie kochało się w deszczu a deszcz potajemnie kochał się w słońcu. Mimo, że oboje sie kochali nie mogli być razem, bo gdy świeci słońce deszcz nie pada, a gdy pada deszcz, słońce jest zakryte chmurami. Smutne to było i byli bardzo smutni że nie mogą być razem. Słońce świeco raz mocniej raz mniej, bo raz tęskniło za deszczem mniej a raz mocniej.. Deszcz tak samo, raz padał mocno a raz słabo. Padał mocno gdy tęsknił strasznie za słońcem, a jak już nie miał siły wyrażać tęsknoty to nadał drobno, kapał aby kapać. Pewnego razu gdy była okropna zlewa, bo deszcz akurat strasznie tęsknił za słońcem, ono postanowiło jednak stawić czoło temu i gdy właśnie deszcz kończył swoje padanie postanowiło spotkać się z deszczem. Deszczyk bardzo się ucieszył i zaczął delikatnie padać, wystukując w błahy rytm ulubionej piosenki słońca. Słońce aż się zarumieniło i zaczęło jaśniej świecić i wtedy powstało coś niezwykłego. Kolorowa tęcza. Od tamtej pory zaczęli częściej się spotykać i za każdym razem pojawiała się wtedy tęcza.
Był sobie dziabąg i były sobie Michałki. Dziabąg i Michałki miały duży, niebieski samochód, który razem wypucowali. Postanowili wiec w piękny słoneczny dzień pojechać na przejażdżkę. Otóż Dziabąk i Michałki jechali sobie drogą aż zobaczyli nagle kaczuszkę. Zapytali czy nie podwieźć kaczuszki gdzieś przypadkiem? Kaczuszka odpowiedziała, że owszem chciałaby żeby ją podwieźli nad morze. Dziabąk i Michałki zawieźli wiec kaczuszkę na morze. Następną napotkaną osobą był piesek. Zapytali się czy nie podwieźć gdzieś pieska? Piesek powiedział, że tak chciałby żeby zawieźli go do innych piesków, wiec dziabąk szybko zawiózł wraz z michałkami pieska do innych piesków. Potem napotkali Czaple. Czapla bardzo chciała jechać na biegun północny. Tak więc szybko wskoczyła do samochodzika i ruszyli na biegun. Michałki i dziabąk po długim dniu wrażeń przyjechali do domu i włączyli telewizor. A w telewizji powiedzieli że jakaś czapla zamarzła, jakiegoś pieska zagryźli a kaczki się utopiły. Jaki morał z tej bajki? Ze pomagając innym nie zawsze naprawdę im pomagamy.
Przestałam juz chyba myśleć o nim w tych kategoriach, a może tylko wydaje mi się, że przestałam? W rzeczywistości pewnie ciągle zmienia się tylko stawka a kategoria ciągle jest ta sama. Nie dobrze gdy maskuje się smutek szczęściem, bo on wtedy wraca - wraca ze zdwojoną siłą. Nie może ciągle utwierdzać się w przekonaniu, że zawiniła. Może w końcu powinna zobaczyć, że tak naprawdę nikomu jeszcze nie zrobiła krzywdy. Może tylko misiowi, obrywając mu ucho z żalu. Nienawidziła też tej niepewności.. niepewności czy znowu go zobaczy na drodze. Tak prostej.. drodze na której śpiewał jej ”darling, I love the way you walk..” Już nie lubi tej piosenki. A może lubi tylko nie chce się do tego przyznać. Sama już nie wie. Nie chce aby każdy scenariusz się tak kończył. Jednak czasami trzeba zamknąć oczy i pozwolić temu odejść. Nie maskować się. Po prostu odejść jak odchodzi ktoś bliski, jak odchodzimy od ulubionych miejsc, jak odchodzi zła moc podczas egzorcyzmów. Pozwólmy swobodnie i zbiegiem czasu…
Wszystkie próby definiowania istoty moralności kończą sie z reguły niepowodzeniem. Sceptycyzm mój wynika z obserwowania zmian jakie dokonują się w społeczeństwie. Definicja moralności musiałaby wszystko niezwykle zwężać i upraszczać. Skomplikowane i zmienne zjawisko. Moralność to cześć przekonań i ludzkich postaw. Cześć światopoglądu. Stanowi kwestię patrzenia na etykę, zaś to jest cechą niezwykle indywidualną. Pewne kwestie moralne nie dadzą się odkryć doświadczalnie. By odkryć czym jest moralność musimy sami zobaczyć na to co dla nas jest dobre a co złe, czasem dla ludzi mogą być nie moralne pewne zachowania, czasem nawet obrzydliwe, jednak są one tylko dla poszczególnych osób złe, a dla poszczególnych dobre. Każdy z nas ma inne spojrzenie na moralność, każdy z nich inaczej widzi to w jaki sposób odczuwa na sobie istotę dobra i zła. Przykładem moralności może być para homoseksualna, dla wielu osób jest to niedopuszczalne ale wiele osób godzi się z tym (tak jak ja) i nawet czasem popiera to.