To nie przypadek że byli razem. Kiedy jedno z nich zaczynało coś mówić- drugie kończyło. Kiedy jedno chciało coś robić, drugie zaraz to proponowało. Lubili to samo, tego samego słuchali, łączyli się nawet telepatycznie, a w właściwie nie musieli nic mówić. Odnajdywali się nawet w milczeniu. Nawet w milczeniu byli zgodni. Było wręcz nie do pomyślenia ,że tak długo, przez tyle lat, żyli nie wiedząc o swoim istnieniu. Myśleli, że nic ich chyba nie rozłączy. Jako nastolatkowe żyli raz pod górkę raz z górki. Pobrali się. Wydawało się że nie ma bardziej idealnej pary na świecie. Była taka radosna gdy rozmawiała z mamą.. zadzwonił telefon, odebrała słuchawkę z uśmiechem na twarzy- I nagle cały świat stanął w miejscu.. On ten z którym spędzała każdą niemal noc i każdy dzień nie mógł się już zmaterializować gdzieś koło niej. Nie umiał już okryć ją swoim ciepłem, nie mógł już powiedzieć, że jest sensem jego życia, bo.. skończył życie na skrzyżowaniu na którym się poznali w ułamku sekundy, widział ich młodych i pierwsze spojrzenie w jej oczy a chwile potem ciemność.
Był sobie pewnego razu piesek Leszek. Był to taki zwyczajny piesek jakich pełno jest na świecie. Jak zwykłe pieski, których pełno na świecie był on kundlem. Miał brązową sierść, krótkie łapki i krótki pysk. Piesek Leszek bardzo nie lubił jednak pewnej rzeczy, której nie lubi większa część też innych piesków. A więc piesek Leszek bał się samotności. Piesek Leszek był psem bezpańskim. Nie miał domu, ani budy, nie miał ciepłego schronienia. Gdy właśnie była psia pogoda, piasek Leszek nie miał gdzie się podziać. Deszcz padał z nieba nadzwyczajnie mocno a piesek Leszek czuł się tak samotnie jak nikt chyba na świecie. Wtedy właśnie Piesek uświadomił sobie, że tak naprawdę jest sam jeden samiuśki. Nie ma ani psiej mamy, ani psiego brata. Nie ma nawet psiej budy. Ma tylko tą psią pogodę… Wtedy podeszła do niego dziewczynka, w czerwonych kaloszach. Piesek Leszek bardzo lubił czerwony kolorek. Pomyślał, że gdyby był człowiekiem kupiłby sobie takie czerwone kalosze. Dziewczyna podniosłą goi powiedziała Samotny jesteś piesku, wezmę Cię. Piesek Leszek chodź dziewczynka przygniotła mu brzuch poczuł się bardzo szczęśliwy.
Wszystko co dotąd tak lubiła - bo kojarzyło jej się z nim, w jednej chwili zmieniło się w to, czego nienawidzi. A właściwie w jednej chwili sobie to uświadomiła, po tym jak przestał się odzywać. Do dziś nie wie dlaczego, może dlatego nie wie, że ma swój honor? Przecież jest twarda, nie potrzebuje rozmowy. Przecież jego strata… A jednak gdzieś w niej jest iskierka nadziei że to może tylko chwilowe. Że wcale nie tak jak jej się wydaje. Najgorsze są miejsca przepełnione nim. Nie ma w tym mieście chyba miejsca oprócz jej pokoju gdzie nie byłoby wspomnień. W jej pokoju za to kumulują się wszystkie. Powoli jedno po drugim, powodując tylko jakąś wilgotność na jej twarzy. Grawitacja.. gdyby nie ona łzy nie tworzyłyby już mokrej plamy na podłodze tylko utworzyłyby sznur błyszczących kropelek. Kropelek które swą niewinność czerpią z jej cierpienia. Może nie tyle cierpienia, co powolnego odrywania go z siebie, oczyszczania i wyrzucania. Niestety to jak walory raka. Nie umiała go sprzątnąć. Równo po roku napisał - pamiętasz mnie jeszcze? Wtedy myślałem, że wolisz jego. -Wiedziała, że musiało sie coś stać.. Mógł zapytać..
Była sobie pewna młoda ( bo ja inaczej nazwać nastolatkę, która nie ma zbyt dużego pojęcia o życiu ) artystka. Bardzo potrzebowała ona zmian, chciała zmienić życie. I nie miała na myśli wyrzucenia szafy, przemeblowania pokoju czy przefarbowania włosów. Chciała zmienić wszystko w życiu, czyli swoje podejście do innych, poglądy i chciała uwierzyć w końcu w coś. Chciała odnaleźć jakiś sens. Modliła się więc żeby Bóg pomógł jej w tych zmianach. Pewnego razu poszła do swojego ulubionego miejsca a mianowicie do wzniesienia niewielkiego, porośniętego wysoką trawą i zbożami, nad rzeką. Siedziała tam długo i nawet nie zauważyła, że ktoś za nią stoi. Podskoczyła lekko bo nie przywykłą do tego że ktoś tam przebywa oprócz niej.
-przestraszyłem? zapytał. Miał zielone oczy, duże, śmiejące się szczerze usta i włosy zaplecione w dready. -trochę- odpowiedziała zaskoczona. Zaczęli rozmawiać o różnych rzeczach mniej lub bardziej istotnych. Okazało się, że mają dużo wspólnego. Coraz częściej się widywali. Poglądy Michała tak wpłynęły na jej życie, że praktycznie je zmieniły. Podziękowała Bogu.
Były sobie raz dwa źdźbła trawy, które bardzo ale to bardzo się kochały. Bardzo się kochały a nawet bardziej niż bardziej. Pałały do siebie taką trawczaną miłością, jaką nikt do siebie jeszcze nie pałał. Jeżeli istniała kiedyś większa i mocniejsza trawkowa miłość to na pewno nie na naszej planecie. Niestety te dwa źdźbła trawy nie były szczęśliwe, ponieważ nie mogły być razem. Jedno źdźbło trawy mieszkało w Olsztynie a drugie w Krakowie. Bardzo smutna jest ta historia bo opowiada o prawdziwej miłości, złączeniu dwóch serc które jednak mimo tego że chcą być razem nie mogą być.. to smutniejsze nawet ot Rmea i Juli bo oni po śmierci przynajmniej byli razem. A trakowe niebo nie istnieje i trawki już nigdy się nie zobaczą. Te trawki więc niech będą, będą symbolem smutnej miłości, która się nigdy nie ziści… Miłości która z różnych przyczyn często od nas niezależnych nie mogła zostać spełniona. Łączmy się w cierpieniu z trawkowymi i szanujmy więc zieleń..